Strateg,który dowozi.
Wchodzę do małej firmy, która zarabia mniej, niż powinna. Znajduję miejsca, w których wyciekają pieniądze i czas, uszczelniam je — i doprowadzam zmiany do końca. Nie zostawiam prezentacji. Zostawiam wdrożone zmiany i liczby, które je potwierdzają.
Najpierw liczby. Potem decyzje. Nigdy na wyczucie.
Bez prezentacji handlowej. Rozmowa albo nic.
Twoja firma zarabia. Tylko nie Ty.
Pracuję z właścicielami małych firm — takich na kilka, kilkanaście osób, które już mają klientów i obrót. Problem nie polega na tym, że nie ma pieniędzy. Polega na tym, że nie wiadomo, gdzie się rozchodzą.
Jesteś najgorzej opłacanym pracownikiem we własnej firmie
Wszyscy dostają swoje na czas. Ty bierzesz to, co zostanie — o ile zostanie. Pracujesz najwięcej i ryzykujesz najwięcej, a zarabiasz jak Twój pracownik.
Każdy nowy klient to więcej pracy, nie więcej pieniędzy
Firma rośnie, a Ty masz coraz mniej czasu i tyle samo na koncie. Wzrost, który nie zostawia marży, nie jest wzrostem — jest tylko cięższą zmianą.
Nie wiesz, na czym realnie zarabiasz — i boisz się sprawdzić
Podejrzewasz, że część tego, co robisz, dokłada do interesu. Ale dopóki nie policzysz, nie musisz podejmować trudnej decyzji. To najdroższy komfort w Twojej firmie.
Prowadzisz firmę na przeczuciu, bo nikt Ci nigdy nie pokazał, jak wygląda w liczbach.
Zatrzymuję pieniądze, które już zarabiasz.
Nie przychodzę z pomysłem na nowy kanał sprzedaży. Najpierw zamykam dziury, przez które ucieka to, co już masz. To najtańszy pieniądz w firmie — nie trzeba go zdobywać, wystarczy przestać go tracić. W małych firmach wyciek prawie zawsze siedzi w tych trzech miejscach.
Pieniądze, które zarobiłeś, ale ich nie masz
Nieściągnięte należności. Faktura wystawiona, usługa dostarczona, kasa wisi. Nikt tego nie pilnuje, bo każdy myśli, że pilnuje ktoś inny. To gotówka zamrożona w Twojej firmie — nie trzeba jej zarobić, trzeba ją odzyskać.
Nie wiesz, skąd biorą się klienci ani ilu odchodzi
Firma jedzie na przepływie pieniądza. Dopóki płynie, wszystko gra. Gdy się zaburzy — zaczyna się nerwowe szukanie przyczyny, bo nikt nie mierzył, ile kosztuje pozyskanie klienta i ilu cicho odpada co miesiąc.
Koszty stałe pełzną, bo „w firmie są pieniądze"
Przy przyzwoitym obrocie łatwo o poczucie, że jest z czego brać. Więc nikt nie pilnuje. Koszty rosną po cichu, każdy z osobna wygląda niewinnie, a razem zjadają marżę. Wystarczy jedno zaburzenie i rusza domino.
Te trzy wycieki się odnawiają. Dlatego to nie jest jednorazowy strzał — przestajesz mierzyć, wracasz do formy sprzed.
Trzy kroki. Bez owijania.
Nie ma warsztatów strategicznych i nie ma prezentacji na koniec. Jest liczenie, potem system, który pokazuje prawdę na bieżąco, a potem decyzje — i ktoś, kto pilnuje, żeby zostały wykonane.
Liczę, zamiast zgadywać
Bezlitosny rentgen: na czym realnie zarabiasz, a co dokłada do interesu. Ile gotówki wisi w należnościach. Gdzie uciekają godziny — Twoje i zespołu. Zwykle to pierwszy moment, w którym widzisz swoją firmę w liczbach, a nie w przeczuciach. Bywa nieprzyjemnie. Po to tu jestem.
Dostajesz obraz, który nie kłamie
Jeden ekran z liczbami, które faktycznie decydują o Twojej marży — aktualizowany na bieżąco, nie robiony raz na kwartał do szuflady. Przestajesz się domyślać i zaczynasz widzieć: co zarabia, co dokłada, gdzie stoi gotówka. To jest ta część, po której nie da się już wrócić do gry na wyczucie.
Decydujemy i wdrażam
Co wyciąć, co skalować, co oddać komuś innemu. A potem najważniejsze i najrzadsze: ktoś to faktycznie robi. Zostaję do momentu, w którym zmiana działa i widać ją w liczbach — nie do momentu oddania dokumentu.
Co się stanie w miesiąc.
Żebyś nie kupował kota w worku. Tak wygląda pierwszy miesiąc — ten sam u każdego, kto ze mną zaczyna.
Czego nie robię.
Wolę powiedzieć to od razu, niż okazać się rozczarowaniem w trzecim miesiącu. Jeśli szukasz którejś z tych rzeczy — nie jestem właściwym człowiekiem i powiem Ci to na pierwszej rozmowie.
Performance House, Gdynia.
Jeden case zamiast dziesięciu logotypów. Obiekt sportowy prowadzony przez ludzi, którzy o sporcie wiedzieli wszystko, a o rentowności nic — i wprost się do tego przyznali.
Z pustego lokalu do 230 klientów i inwestorów, którzy sami się zgłaszają
Pusty lokal, pusty grafik, minimalny budżet na marketing. Paraliż decyzyjny właścicieli i realny strach, że pasja okaże się drogim hobby.
Dwie sale, dziesięcioosobowy zespół, kontrakty międzynarodowe dla podopiecznych, plany własnego obiektu i inwestorzy chętni do wejścia we wspólne działania.
Narzuciłem fokus na jeden segment. Zamiast marketingu do wszystkich — bezlitosne skupienie na szkoleniu dzieci i targetowanie rodziców, czyli grupy z realnym budżetem. Właściciele początkowo odrzucili ten pomysł. Nie ustąpiłem — po kilku tygodniach testów telefony zaczęły dzwonić.
Zarządziłem gotówką w kryzysie wzrostu. Napływ leadów przerósł zdolność finansową firmy. Decyzja była prosta: kampania nie może stanąć, więc płacimy Facebookowi, a moja faktura poczeka. Priorytet dostała gotówka pod wzrost, nie moja wygoda.
Poukładałem procesy. Z chaosu w powtarzalny system, w którym wiadomo, kto co robi i na czym firma zarabia.
Powiedzą to lepiej ode mnie.
Właściciele Performance House — o tym, jak wyglądała współpraca od środka.
Marcin Wacławik
Czternaście lat na styku trzech światów: przez dziewięć lat prowadziłem własną firmę IT, potem przeszedłem w marketing, strategię i zarządzanie zespołami sprzedażowymi. Prowadziłem też agencję marketingową — i zamknąłem ją, bo zaniedbałem własny lejek w czasach, gdy szło dobrze. To była droga lekcja o tym, co się dzieje, gdy przestajesz mierzyć, bo akurat jest dobrze. Dziś pilnuję tego u klientów.
Z tego miksu została jedna umiejętność, którą robię lepiej niż cokolwiek innego: wchodzę do firmy z zewnątrz i widzę, gdzie wyciekają pieniądze — w procesach, w kosztach, w rzeczach, których nikt nie mierzy. Najlepiej pracuję tam, gdzie coś się pali.
Nie jestem doradcą od prezentacji i nie jestem mówcą motywacyjnym. Nie zbuduję Ci marki osobistej i nie sprzedam Ci wizji. Jestem od tego, żeby wejść w bebechy firmy, powiedzieć prawdę o liczbach i zostać do momentu, w którym zmiana faktycznie działa.
Dostajesz stratega, który sam dowozi — i nie zaryzykuje Twoich pieniędzy, testując pomysły na żywca.
Pytania, które padają najczęściej.
Czym dokładnie się zajmujesz?
Wchodzę do małej firmy, która zarabia mniej, niż powinna. Znajduję miejsca, w których wyciekają pieniądze i czas — najczęściej są to nieściągnięte należności, niemierzony koszt pozyskania klienta i koszty stałe, których nikt nie pilnuje. Uszczelniam je i doprowadzam zmiany do końca. Nie zostawiam prezentacji.
Dla kogo pracujesz?
Dla właścicieli małych firm — zwykle zespół od kilku do kilkunastu osób. Firma już zarabia, ale właściciel jest w niej najgorzej opłacanym pracownikiem i nie wie, na czym realnie zarabia. Nie pracuję z korporacjami ani ze startupami szukającymi modelu biznesowego.
Czym różnisz się od doradcy biznesowego?
Doradca oddaje prezentację i znika. Ja biorę odpowiedzialność za wdrożenie i zostaję do momentu, w którym zmiana działa i widać ją w liczbach. Dostajesz stratega, który sam dowozi — i nie zaryzykuje Twoich pieniędzy, testując pomysły na żywca.
Jak zaczynamy współpracę?
Od rozmowy, nie od faktury. Zostawiasz kontakt, umawiamy 30 minut i wspólnie patrzymy, czy w Twojej firmie w ogóle jest pieniądz do odzyskania. Jeśli uznam, że nie oddam Ci wielokrotności tego, co bym policzył — powiem to wprost. Decyzję o współpracy podejmujesz na końcu.
Od rozmowy. Nie od faktury.
Nie musisz niczego decydować z góry. Zaczynamy od 30 minut, na których patrzymy, czy w Twojej firmie w ogóle jest pieniądz do odzyskania — i czy ja jestem właściwym człowiekiem, żeby go odzyskać.
- 01Zostawiasz kontakt. Krótki formularz: kilka liczb o firmie i dwa zdania o tym, co Cię uwiera. Zajmuje minutę.
- 02Rozmawiamy 30 minut. Zadaję konkretne pytania o liczby. Jeśli usłyszę, że nie oddam Ci wielokrotności tego, co bym policzył — powiem to wprost i skończymy na tym.
- 03Decydujesz. Dopiero teraz i dopiero jeśli chcesz. Nie ma domykania na siłę — nie potrafię tego robić i nie zamierzam się uczyć.